Praca marzeń - moja wyboista ścieżka kariery - dlaczego warto pracować w turystyce

Kiedy byłam małym dzieckiem nie marzyłam o pracy lekarza ani prawnika, przez pewien czas byłam co prawda pewna, że zostanę księgową (hahahaha) ale potem wszystko wzięło w łeb. Tak naprawdę to jest kilka rzeczy, którymi do tej pory się zajmowałam i tak naprawdę każdy z tych zawodów mi się podobał i wykonywanie ich sprawiało mi przyjemność.





Zaraz po zdaniu matury zaczęłam pracę jako barmanka w małym pubie w moim mieście. Pracowałam tam rok, równolegle studiując dziennie. Generalnie było ciężko, pamiętam jak za lodówką robiłam projekty na geometrię wykreślną (wtedy chciałam zostać inżynierem budownictwa). Po roku pożegnałam się z moim szefem (który pozostał de facto moim bardzo dobrym kumplem) i wyemigrowałam do większego miasta do pracy w klubie muzycznym połączonym z restauracją. Studia niedługo też zmieniłam, wybrałam filologię hiszpańską i to jedyny kierunek, który udało mi się skończyć. Nie, nie dlatego, że nie chciało mi się albo nie miałam samozaparcia bo studia w dzisiejszych czasach są najczęściej banalne i każdy z palcem w dupie je skończy. Nie wymagają kompletnie żadnej wiedzy, właściwie nic nie wymagają, dlatego obstawiam, że za kilka lat ponad połowa społeczeństwa, jak nie więcej, będzie się mogła "pochwalić" tytułem magistra. Ja nie kończyłam tych kierunków bo po kilku miesiącach zaczynałam zdawać sobie sprawę, że a) niczego mnie nie uczą b) to nie dla mnie. A nie należę do osób, które będą coś ciągnać w imię zasad. Skoro byłby ze mnie marny inżynier na budowie to po chuj mam nim zostać? Trzeba być realistą i robić coś co sprawia nam przyjemność.

Jednak nie do końca o tym chciałam mówić, chciałam poopowiadać wam o kilku moich zajęciach, które lubiłam/lubię i chętnie będę wykonywać i do końca życia. Otóż zmieniłam mały pub na większy klub i nadal stałam za barem. Uwielbiałam tą pracę z wielu powodów, przede wszystkim dlatego, że jarało mnie robienie drinków (co może się niektórym wydawać śmieszne). Zrobiłam sobie kurs barmański i mieszałam co popadnie. Podobne to trochę do gotowania, które też uwielbiam. Poza tym można pracować z ludźmi a w tym zawodzie poznaje się wiele ciekawych osób, można też dobrze poimprezować bo mając kontakty ma się i zniżki, ale to poboczna zaleta. Tak czy inaczej praca super. Na dodatek ja nie jestem rannym ptaszkiem więc odpowiada mi praca w nocy, jedynym minusem są weekendy ale z drugiej strony można zawsze sobie wyegzekwować jakieś wolne więc jest git. Mój własny pub to moje największe marzenie.


Poza tym jak byłam dzieciakiem i dostałam swój pierwszy komputer bardzo szybko go pokochałam. Jako dwunastolatka pisałam jakieś śmieszne strony w html, potem pojawił się php, którego niestety nie ogarnęłam bo te zabawy zeszły na dalszy plan. Generalnie spędzałam przy kompie długie godziny i potrafiłam zrobić kilka rzeczy, które moich rówieśników nie interesowały. Potem olałam sprawę, brat namawiał mnie kilkukrotnie, żebym poszła na informatykę ale ja byłam mądrzejsza, a chyba ze wszystkich kierunków ten wybór byłby dla mnie najlpeszy. Spróbowałam więc rok temu (albo dwa) swoich sił na Politechnice. Powiem szczerze - tragedia. Pracowałam wtedy codziennie na popołudnia a rano chodziłam na zajęcia. Pełno zapychaczy czasu - nie rozumiem do tej pory po co mieliśmy laboratoria z fizyki, na których robiliśmy doświadczenia z pryzmatem jak w liceum, musieliśmy pisać sprawozdania na 15 stron i potem jeszcze dostawaliśmy je kilkukrotnie z powrotem z powodu idiotycznych błędów (te sprawozdania, z tych samych doświadczeń robili wszyscy od 10 lat chyba więc wyobraźcie sobie ile gotowców jest w sieci, cała zabawa polegała na zmianie wyników badań (każdy te doświadczenia przecież przeprowadzał i miał swoje wyniki), podstawieniu swoich i przepisaniu treści używając innych zdań. ŻENADA!). Czasy się zmieniły a niestety na nażyszch uczelniach tego nie widać - programy na kolokwiach pisaliśmy na kartkach ołówkiem (?!), poziom z fizyki był totalnie śmieszny i nie wiem po co w ogóle ten przedmiot mieliśmy, matematykę uwielbiam ale i tak uważam, że można by ją okroić na rzecz przedmiotów praktycznych, które czegoś nas faktycznie uczą. A tak to żenada, okazało się, że jestem za stara i za szybko się denerwuje tym jak tragicznie to wygląda i ile czasu maruję z mojego, dorosłego już przecież życia. Zregyznowałam więc po zdaniu pierwszego semestru. Nie miałam czasu na pierdolenie się z takim czymś. Nadal jednak jest to dziedzina, którą chcę zgłębić, a że na ten rok mam bardzo fajny plan na samorozwój wybrałam właśnie kilka takich dziedzin, które chcę ulepszać i zamierzam nad tym pracować.

Wracając jednak do opowieści - moim kolejnym zawodem było uczenie. Przez ponad 3 lata pracowałam jako lektor języka angielskiego z dziećmi i dorosłymi. Pokochałam ta pracę, naprawdę było super i widzę się w roli nauczyciela za kilka lat, może w końcu, jak nie otworzę swojej super hiper wypasionej knajpy, zaczepię się w jakiejś szkolę i będę uczyć młodzież co jest naprawdę fajną sprawą bo można wywierać na nich jakiś wpływ. Uwierzcie mi, że to właśnie w tej pracy pokochałam najbardziej, że można być dla kogoś przykładem do naśladowania, można komuś pomóc i być dla kogoś mentorem. Pracując jako lektor zrobiłam sobie kurs pilota wycieczek. Powodów było wiele - przede wszystkim lektor, czy nauczyciel, ma dużo wolnego. W przypadku pracy w szkole językowej, jak nie ma się umowy o pracę (mój przypadek) za to wolne nie dostaje się pieniędzy, wyobraźcie sobie więc wypłatę za grudzień jak połowa miesiąca jest wolna, albo za luty jak są ferie. Niestety taki niestały dochód ma jak dla mnie za dużo minusów. Zdecydowałam się, że w tych, wolnych od nauki okresach mogłabym jeździć na wycieczki jako pilot, oczywiście przy okazji zapełniając sobie całe wakacje, które w pracy lektora również są wolne (i bez kasy).

Drugim powodem by pójść w tym kierunku był fakt, że moja mama miała swoje biuro podróży i dzięki temu ja od dziecka miałam możlwiość podróżowania i poznawania branży od podszewki. Powiem szczerze, że dla osób, które lubią podróżować praca w turystyce jest idealna. Nie jest to odkrywcze stwierdzenie ale dużo osób wzbrania się od pracy w biurach podróży, albo nie biorą w ogóle takiej pracy pod uwagę a jednak warto. Pracodawcy wysyłają swoich pracowników na study tour, oczywiście to zależy od wielkości biura, w większych ma to miejsce częściej,w mniejszych czasem raz do roku. Study tour to wyjazd całkowicie darmowy (czasem, jeśli jest się właścicielem biura trzeba zapłacić bardzo małą kwotę, czasem żadnej, pracownika to raczej nie interesuje) i ma za zadanie pokazać pracownikom biur agencyjnych daną destynację.

OK, w prostszych słowach, jeśli duże biuro, organizator turystyczny (tour operator) sprzedaje swoją ofertę to robi to na kilka sposobów: albo w swoich biurach albo w agencyjnych + internet oczywiście. Biura agencyjne, jak sama nazwa wskazuje, sprzedają jako agenci nieswój produkt i dostają za to prowizję. Ale jak mają sprzedawać coś czego nie znają? Oczywiście, znają opisy z katalogów, a jak pracownicy lubią podróżować to znają czesto dany kraj ze swojego własnego doświadczenia, ale na wyjazdach studyjnych (study tour) organizator pokazuje swoim agentom dokładnie swoją ofertę. Będą więc w Tunezji czy Egipcie czy w Grecji ogląda się te hotele, które ma w ofercie organizator, chodzi się po nich, ogląda wszystko - od recepji przez pokoje i restuarcje po hotelowe bary i okolice samego hotelu. Często można wybrać się na wycieczki fakultatywne oferowane potem turystom. Także study tour to pierwsza zachęta do wybrania tej ścieżki kariery ale dotyczy osób pracujących w biurze.



Ale możemy też zdecydować się na wyjazd - mamy wtedy do wyboru kilka różnych zawodów: rezydent, animator, pilot. Moim zdaniem z tych opcji najlepszą jest bez wątpienia praca rezydenta bo wymaga od nas najmniej a daje nie tylko dużo satysfakcji ale przede wszystkim dużo korzyści. Pracując w charakterze rezydenta mamy czas, żeby poznać dane miejsce od podszewki (zazwyczaj mamy dość dużo wolnego poza tym musimy przecież znać dane miejsce bo na tym polega tak naprawdę nasza praca), poza tym budujemy sieć kontaktów, która umożliwia nam dość ekonomiczne życie. Właściciele restauracji, dyskotek, skelpów czy pubów chętnie nawiązują z nami "współpracę" bo przecież przyprowadzamy im klientów a to wiąże się ze zniżkami czy gratisami. Na czym tak naparwdę polega ta praca napiszę przy kolejnej okazji. Moim zdaniem sam fakt, że jesteśmy za granicą, mamy służbowy samochód i ktoś nam za to płaci przemawia raczej na korzyść tego zawodu, szczególnie dla zapalonych podróżników.

Niestety rezydenci w sezonie letnim są cały czas poza domem co nie sprzyja zakładaniu rodziny. Im dłużej się pracuje tym większe prawdopodobieństwo, że w okresie zimowym też dostaniemy ofertę pracy - w zależności od biura będziemy obsługiwać albo destynacje zimowe (narciarskie) albo pojedziemy w jakieś ciepłe kraje (tak raczej dzieje się w przypadku osób doświadczonych). Do pracy rezydenta oczywiście znajomość języka to podstawa, najlepiej jeśli znamy język, którym posługują się miejscowi, jednak angielski to podstawa podstaw. Im więcej języków znamy, nawet w stopniu komunikatywnym, tym lepiej dla nas i szanse na dostanie pracy rosną.


Najciężej jest zacząć. Ja miałam szczęście bo akurat pracę w charakterze rezydenta zaproponowało mi biuro, w którym wcześniej realizowałam wycieczki jako pilot. Mogę więc powiedzieć, że było to poniekąd po znajomości. Wiem też, że biura podróży często organizują swoje kursy i zatrudniają swoich "absolwentów" (jak nie wszystkich to większą część), polecam szczególnie akademię Rainbow Tours - biuro cieszy się dużą popularnością, jest dużym touroperatorem, znam osoby, które z nimi współpracowały jako rezydenci i wszyscy byli bardzo zadowoleni. Po zakończeniu ich wewnętrznego kursu szanse na dostanie pracy są olbrzymie i też doświadczenie nie jest brane pod uwagę tak bardzo jak w przypadku rekrutacji zewnętrznej.

Możemy się również zdecydować na pracę w animacji. To była moja pierwsza praca za granicą, kiedy wyjechałam do Tunezji i właściwie pracowałam na dwa fronty bo musiałam wykonywać też dużo obowiązków rezydenta. Najpierw robiłam kurs dla rezydentów w Polsce, a potem wyjechaliśmy na wyjazd szkoleniowy do Tunezji (tydzień w kwietniu), potem już na caly sezon. Bardzo źle to wspominam, zarobki były tragiczne, ja wylądowałam na animacji zamiast na rezydenturze, poza tym nie dostaliśmy zwrotu za wyjazd szkoleniowy w kwietniu. Było to jednak doświadczenie, które mojej koleżance umożliwiło pracę w animacji rok później już dla większego biura. Ja po tej przygodzie dałam sobie spokój na kilka lat z turystyką.



Animatorem można jednak zostać robiąc różnego rodzaju kursy w Polsce, ja osobiście najbardziej polecam te organizowane przez Stageman. Po takim kursie organizatorzy zapewniają pracę (nie wszystkim ale na pewno pewnej części uczestników, nie wiem jak dokładnie to działa), zresztą ofert jest sporo. Tu doświadczenie nie jest aż tak ważne jak w przypadku rezydenta.

Pozostaje jeszcze praca pilota - najbardziej wymagająca ale ma swoje zalety bo nie wymaga od kandydatów stałego pobytu poza domem. Ja kilka lat temu ukończyłam kurs pilotów wycieczek i otrzymałam legitymację i identyfikator od marszałka województwa Śląskiego. Teraz, o ile mi wiaodmo, nie ma już czegoś takiego bo zawód pilota podlegał deregulacji w roku 2013, a właściwie od 1 stycznia 2014. Pilotem może więc teraz być każdy.


 

Ofert pracy jest sporo a w cenie nie jest tylko doświadczenie ale przede wszystkim wiedza, zarówno na temat danego kierunku jak i na temat funkcjonowania branży i wycieczek. W ubiegłym roku spotykałam się jako rezydent z całą masą pilotów i tylko kilku nadawało się do tej pracy. Trzeba być nie tylko kompetentnym i udzielać ludziom informacji krajozanwczych,  większość tych osób nie myślała. A nie chodzi tylko o bycie przewodnikiem - pilot odpowiada przede wszystkim za realizację programu, trzeba wszystkiego cały czas pilnować - czas pracy kierowców, przerwy, nawet filmy w autokarze muszę być odpowiednie. Trzeba dzwonić do kontrahentów, na bieżąco informować np. rezydenta, o której dana grupa dotrze na miejsce bo to rezydent będzie odpowiedzialny za ich kwaterowanie. Poza tym na Korfu na przykład płynie się promem - trzeba na niego zdążyć, z zapasem ale nie 4 godziny wcześniej bo w sezonie oznacza to czekanie w porcie na swoją kolej (nie da się nic przesunąć bo jest za duży ruch i tyle). Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, ale zadań pilot ma sporo a jeśli jeździ na wycieczki autokarowe (czyli duża większość), objazdówki na przykład właściwie cały czas siedzi w autokarze. Ja w zeszłym roku realizowałam wyjazdy wahadłowe do Grecji i Bułgarii, wyjeżdżałam w poniedziałek do Grecji, wracałam w środę, w czwartek miałam wolne, w piątek do Bułgarii a w niedzielę wieczorem byłam z powrotem, żeby się spakować na poniedziałkowy wyjazd do Grecji. I tak 1.5 miesiąca z wolnymi czwartkami - naprawdę dupa boli ale można się przyzwyczaić do mieszkania na jednym siedzeniu autobusu.

I taka jedna rzecz na podsumowanie: [1] warto przeczytać o tym jak podróżować i zarabiać i jakie są z tego korzyści. Ten model życia mi odpowiada jak najbardziej i chciałabym kiedyś go wdrożyć u siebie, oby się udało :)
Share on Google Plus

About motocyklistka.eu

1 komentarze:

  1. rozumiem Cię z tym pubem :) mi się marzy jakaś kawiarnia:)

    OdpowiedzUsuń

...